Mnie sie w Incepcji bardzo spodobala ostatnia scena, jej niejednoznacznosc. Natomiast jako calosc, film w miare okej, ale bez tej calej rewelacji, o ktorej tak trabiono. Na pewno slabszy od Matrixa.
U mnie to poczucie lubienia/nie lubienia siebie ma postac sinusoidy. Czasem jest tak ze wszystko sie uklada, wiem ze bedzie dobrze a innym razem jak sie pieprzy to juz wszystko. I jak tu miec stale poczucie wlasnej wartosci, czuc ze mozna cos osoignac?