Może jeszcze chwilkę moje słoneczko pozwoli mi popisać, bo zaraz jak sam nie wstanie, to muszę go obudzić (śpi tak już od jedenastej...).
Jak zapewne wiecie miałam robioną cesarkę. W sobotę zgłosiłam się do szpitala tak, jak kazała lekarka. Ktg, badanie lekarskie i ordynator zdecydował zostawić mnie. Dostałam rycynę do picia i poszłam na usg. Tam okazało się, że mały waży 4800 i lekarz złapał się za głowę i powiedział, ze nie dam rady urodzić sama i jeśli do poniedziałku nie ruszy nic po rycynie, t będzie cc "na zimno". No i tak się stało. Niestety nie mogli mi podać prawidłowo znieczulenia do oponowego (moje dyski zachodziły na siebie jak dachówki i nie dali rady się wkłuć dobrze) i zostałam uśpiona.
Fizyczne dochodzenie do siebie jakoś się znosi, ale grzej u mnie było z psychiką, która zaczęła już w szpitalu szwankować - najpierw brak pokarmu. Trzecia doba, czekamy na nawałnicę, a tu nic - kropelki 2-3. Kiedy się w końcu pojawiło coś więcej okazało się, ze moje brodawki są totalnie za małe jak dla dziecka, które musi je złapać (mam dużą otoczkę, ale brodawkę maleńką) i Marek poranił mi sutki niemiłosiernie próbując ssać. Kapturki troszkę pomagają, ale początkowo musiałam zagryzać zęby, aż bałam się, że sobie je połamię (przy początkowej fazie zassania). W domu zaczęłam laktatorem odciągać w końcu, bo już nie dawałam rady, ale wczoraj była położna, pokazała jak skuteczniej go dostawić, żeby się nie bawił boleśnie i wczoraj i dziś sama (w kapturku) karmiłam. Jednak ostatnie trzy karmienia wyłam i płakałam tak, ze aż dziecko się wystraszyło, ale nie umiałam się powstrzymać - taki ogromny ból... I znów będę odciągać...

Psychika jeszcze mi siadała, bo gdyby nie moja mama, to faktycznie wpadła bym w depresje i nie wiem, co by było... W piątek, jak wróciliśmy do domu, byłam taka obolała, zestresowana i w ogóle, a ona przyszła, zrobiła nam obiad, pomogła mojemu Łukaszowi zrobić zakupy w sklepie (przede wszystkim dla mnie - jedzenie, które mogę jeść chcąc karmić, bo wtedy pokarm zaczął dopiero napływać). Nie dała bym rady zrobić jedzenia, przebierać nawet małego, nie mówiąc już o kąpaniu(miałam napady rwącego bólu i bałam się, ze trzymając go złamie mnie i zrobię mu krzywdę)... Wszystko jej zawdzięczam!
Zaczęłam się w ogóle łamać, bo do tego doszło jeszcze, że sąsiedzi wypuszczają swojego psa oficjalnie na balkon, żeby zrobił siku, a ja mam związane ręce... Nie mogłam nic jeść (stres) - głód odczuwałam, ale nie mogłam przełykać, byłam zmęczona, wykończona i perspektywy na przyszłość były marne... Na szczęście wszystko zaczyna się już normować. Hormony też wracają do normy, zaczynam Marka zostawiać samego w łóżeczku, nie biorę go na noc do swojego łóżka, a nawet dzisiejszą noc pozwoliłam mężowi spędzić z nami ^^ (hehe, ale się nie wyspał xD). Jestem już coraz lepszej myśli, tylko te cholerne karmienie... Gdyby te sutki tak nie bolały... Boję się, ze jak Marek je z butli, to może i brodawki mi odpoczną, ale kiedy znowu go przystawię, to będzie jeszcze gorzej.
Teraz uciekam go budzić, wystarczająco zanudziłam xD Ale musiałam się troszkę wyżalić, zawsze to ulży.
Gratuluję oczywiście tym, które dołączyły do grona mamusiek po mnie, a którym jeszcze pogratulować nie zdążyłam, no i mam nadzieję, że Bigottka szybko zakończy stary wątek o październiczkach, zdrową pociechą!
Buziole dziewczynki :*