30 sie 2007, 19:49
Ja już też mogę opisać mój poród. Zakończył się cesarką, a wszystko było w szpitalu, ponieważ ostatnie dwa tygodnie tam spędziłam. W nocy o 10 zaczęły się skurcze i były najpier co 6 później 5, później 4 minuty. Położne badały mnie i twierdziły, że to wszystko na odchodzenie czopu śluzowego. Ból był okropny, ale do zniesienia. O 6 zbadał mnie lekarz, stwierdził, że mam rozwarcie na 1 cm i wysłał na porodówkę. Miałam rodzić naturalnie. Oczywiście zaraz przyszedł mój mąż. Skurcze trwały nadal co 4 min. Rozwarcie ciągle takie samo. Około 12 zaczęły słabnąć. Położna stwierdziła, że nie ma sensu mnie badać, bo się zatrzymało. O dziwo przy takich skurczach rozwarłam się na 3 cm. Kolejny etap to nieregularne skurcze i oksytocyna. Oczywiście akcja uspokoiła się całkowicie. Przyszedł lekarz i mówi, że jeśli do 19 nie urodzę, to cesarka. Oksytoceynę połączono z przebiciem pęcherza płodowego. Pojawiły się skurcze i to bardzo bolesne. Około 19 miałam rozwarcie na 6 cm. Surcze się wzmagały, ale nie były najgorsze. Najbardziej bolał krzyż. Około 21 skurcze były z przerwami 30 sekundowymi. Plecy bolały niemiłosiernie i jeszcze dziecina uciskała jakieś nerwy, że nie mogłam w ogóle ruszać nogami. Lekarz prowadzący inny od poprzedniego, stwierdził, że urodzę naturalnie, choć ten wcześniejszy upierał się przy cesarce. Dostałam drgawek, dziecku zaczęło spadać tętno. Podano mi tlen i zastrzyk. Koło 11 ból był nie do wytrzymania i nie było prawie przerw w nim. Zaczęłam widzieć podwójnie. I wyzywać wszystkich w koło. Miałam dosyć. Lekarz stwieradził, że nadal 6 cm i bóle parte, a dzieciątko ułożone czółkiem. O 12 zaczął szukać na gwałtu rety anestazjologia. A reszta, to już cód narodzin i szczęście. W sumie jakby nie upierająca się pani doktor nad porodem naturalnym, to szybko by się to skończyło.
Ale wiecie co?Warto było, kiedy tak patrzę na córcię.