06 lis 2007, 16:18
właśnie się wkurwiłam na maxa. Położyłam Alicję spać ok 11:40. Obudziła się o 14:10. Jakaś marudna była. Podchodzę do łóżeczka, dotykam jej o ona rozpalona. Złapałam termometr 38st. Ala w płacz. Dałam jej się napić soczku z melisą. Troszkę się uspokoiła. Przyszła pora karmienia. Zjadła jako tako z płaczem i wykręcaniem się 180ml kaszki. Wzięłam do beknięcia, beknęła a potem zaczyna wymiotować, nie ulewać, wymiotować. Zwróciła większość tego co zjadła. Mierzę temperaturę 37,5. Ala płacze jak nakręcona. Dzwonię do praktyki lekarza rodzinnego która mieści się na przeciwko mojego bloku.
- dzień dobry, moja 6miesięczna córka bardzo wymiotuje i ma gorączkę czy mogłabym się jakoś umówić na wizytę, mieszkam na przeciwko
- do kogo pani należy
- nie należę do państwa przychodni
- to nie mamy o czym mówić
- jestem w stanie zapłacić za wizytę
- niech se pani idzie do swojego lekarza, my tu na lewo nie przyjmujemy
I baba odłożyła słuchawkę.
W mojej przychodni nie ma wizyt domowych, ale zadzwoniłam do mojej pediatry i przedstawiłam sytuację. Kochana kobietka doradziła co mam zrobić. Tzn podać panadol i jak mam to jagody (działają wstrzymująco). I obiecała że jak się ze wszystkim wyrobi to zajrzy do nas.
Podałam już panadol i wywar z suszonych jagódek. Chyba pomogło bo ALicja zasnęła. A nasza pani doktor już zdążyła zadzwonić spytać się czy wszystko ok.
Tamtą babę mam ochotę udusić.