19 lut 2008, 11:26
hej hej hej :-)
kochane... wczoraj napisała do mnie bardzo dobra koleżanka, przyjaciółka z liceum... ona urodziła pod koniec września 2007 Tosieńkę... i wiecie co, maluszek ten biedny 4,5 miesięczny... ma padaczkę :( Boże jak to usłyszałam... objawy były dziwne, tzn. tylko takie minutowe zesztywnienie... potem mieli badania, i kiedy lekarz powiedział, ze to niemowlęca i przejdzie wracali do domu i miała po raz pierwszy taki atak typowy - wrócili błyskawicą do Białegostoku i ledwo uratowali Tosię, atak trwał 25 minut :ico_szoking: lekarka powiedziałą, że gdyby nie przywieźli jej to serce nie wytrzymałoby takie wyczerpania, bo atak sam by nie ustał :( dzięki Bogu nie jest to rodzaj lekooporny, jest szansa, ze wyleczona zostanie... modlę się o to, bo takie słodkie maleństwo i w ogóle, maleństwo niczemu winne - podobno któreś przekazało zły gen - wcześniej choroba się nie ujawniła w rodzinie, padło na Tosiunię :ico_placzek: szczęście w nieszczęściu, że leki bierze i pomagają...
Tak mnie to zmartwiło, zasmuciło, przeraziło że jestem gotowa zostać w domu i do 18 roku życia... kiedy czasem mam nerwa na moje pociechy, bo np. marudzą, to w takich momentach jak słyszę o cierpieniach maluszków czuję sie wyrodną matką...
Na szczęście jest poprawa i tego się trzymam...
Asiu - zdjęcia cudne jak zawsze, Ty to dopiero sexusia jesteś :-D
W piątek jadę do neurologa z Różysiem bo drżą jej te rączki czasami, a nie powinny... Pediatra nasza próbowała wcisnąć kit, że to odruch Moro, ale on inaczej wygląda...