27 kwie 2007, 11:53
oj jak tak poczytać te historie to naprawdę łzy lecą jak grochy...
moja przyjaciółka 14.04 urodziła martwe maleństwo.Bardzo to przeżyłam bo ja jej wszystko szykowałam po moich dziewczynach.Poprałam ,poprasowałam...wszystko u mnie leży...pachne...ona nie brała tego do domu bo 2,5 miesiąca leżała plackiem w szpitalu,nawet basen miała zamiast wc,walczyła jak mogła.Jeszcze dwa,trzy tygodnie i byłoby bezpieczniej,przeszłoby na 7 miesiąc...ale się nie udało.Bardzo mi przykro do teraz.Rozmawiałam z nią ,mówiła,że Ola byłaby chora gdyby przeżyłą i niewiadomo ile by żyła...żyją dalej i....chcą mieć kolejne dziecko :ico_sorki: Napewno zanim je zrobią minie trochę czasu ale cieszę się,że się nie zamkneli przed światem.Moja przyjaciółka czasem wspomina swojego aniołka ale mi bardzo ciężko o tym mówić.Mój mąż mówi,że przeżyłam to tak mocno jak bym była matką Oleńki.Może mi ktoś nie wierzyć ale ja naprawdę traktowałam tę ciążę jak własną,to dziecko jak swoje i żal mam jak po swoim i oby mi udało się zrozumieć to tak jak udało sie rodzicom Oleńki.Bo ja ciagle zadaję sobie pytanie dlaczego,skoro bóg dał ...Bóg zabrał.A było tak blisko...Tak długo się starali o dziecko,tak się z niego cieszyli,na Boże narodzenie dowiedzieli się o ciąży...Wiem,że nie mogę się równać z Waszym cierpieniem ale tak mi źle,że musiałam tu to opisać.Przyjaciółce o tym nie owiem,nie chcem jej jeszcze bardziej zasmucać.Rzeczy...te pachnące,czyściutkie...poczekają na rodzeństwo Oleńki...choćby kilka lat...Nie sprzedam ich ani nie oddam,nie mogłabym...Aż sama sobie się dziwię,ze tak mi to w serce udeżyło...