cześć dziewczyny.
jestem ledwo żywa po tej nocy. całą przepłakałam jak udało mi się uspokoić to tylko na chwile i znów się zaczynało. on mi wczoraj nic nie wytłumaczył nic nie powiedział. znaczy że winny. zachowywał się jak gdyby nigdy nic. siedział całą noc w garażu. trzecia noc którą spędziłam sama.
o 2 w nocy wybrał sie na jakąś przejażdżkę. ja ciągle w oknie patrzyłam co robi czy może idzie już do domu. ale gdzie tam.
nie wiem o której godzinie usłyszałam krzyk i ''o kuur*a'' patrze a on jak stał tak zniknął jakby upadł czy coś. matko kochana jak ja się wystraszyłam, pomyślałam że prąd go poraził, uciął sobie coś-cała w nerwach zakładam szlafrok buty i lece do garażu patrze a on coś robi więc pytam czy on tak krzyczał on że tak bo coś mu spadło! Boże ja przeżyłam dramat a jemu COŚ spadło! powiedziałam że jest głupi i poszłam to usłyszałam że ja jestm popierd*lona że poje**ło mnie.
jak weszłam do domu to byłam tak roztrzęsiona że nie mogłam dojść do łóżka. trzęsłam się i wyłam jak głupia. myślałam że mu coś złego się stało...
o 5 mama wstała do pracy on przyszdł do domu mama mu nagadała że co on wyprawia czy mu sie małżeństwo znudziło itp.
wyobraźcie sobie że on rana lata i znów kotu skarbie ble ble ble. jakieś prezenty mi daje. a ja siedzę i wciąż chce mi się płakać, nie mogę się pozbierać. po co mi jakieś głupie prezenciki. on wciąż w garażu. tylko mi wstyd że naraziłam Małego na stres. całą noc kopał, był zdenerwowany. porozmawiamy i co dalej.
ja nie wiem co mam robić. pogubiłam się w tym. może to ze mn ą coś nie tak. ja coś źle robie. jestem tak cholernie zagubiona w tym wszystkim...
przepraszam że tak napisałam dużo ale to samo wychodzi. takie głupie problemiki.
pójdę sobie już nie będę zaśmiecać forum.