[center]
JULCIA[/center]
[center]
W dniu, takim jak dziś, życzymy Ci:
Aby wszystkie fajne dni w żółwim tempie upływały,
by co dzień uśmiechał się do Ciebie świat cały.
By nigdy nie było porannej pobudki
i wiał wiatr specjalny co rozwiewa smutki. [/center]
Piękne macie wspomnienia. Niesamowicie sie to czyta. Ja to wszystko czytam pierwszy raz, bo wtedy nie było mnie jeszcze z wami. Całą ciąże spędziłam z innym forum, ale dzięki Karolas trafiłam do was. Pamiętam jak mi napisała "dzień bez tik-taczka to dzień stracony".
Karolas ty miałaś termin na 11 lutego a tego dnia urodziła się moja Asiunia.
Chciałam swoje wspomnienia opisać wam w dzień urodzin Asiuni, ale wtedy będzie ze mną moja kochana siostrzyczka, przylatuje z córeczką z Holandii i nie wiem czy będę miała czasik na to wiec chyba zrobie to teraz, jeśli nie macie mi tego za złe.
Asia miala przyjść na świat 21 lutego. Tak lekarz obliczył. Miała być zodiakalną rybką, tak jak tatuś. Ale najwidoczniej nie chciała tak długo czekać i postanowiła pojawić sie na tym świecie dziesięt dni wcześniej.
oj, ale 10 luty szybko nam minął. I to cały czas w biegu. Przed południem podjechaliśmy na targowisko po warzywka, potem stwierdziliśmy, że pojedziemy sobie na giełdę staroci. Kupe czasu nie byliśmy a nie wiadomo kiedy kolejny raz będziemy mieli na to czas. Stamtąd było blisko do Castoramy, a mężulek musiał tam coś do pracy załatwić więc skoro tak blisko no to tam weszliśmy. No a koło Castoramy jest Market Piotr i Paweł wiec może warto jeszcze jakies zakupy zrobić? Kupiliśmy tyle, że wózek byl pełen. Tak jakbym podświadomie czuła że trzeba lodówke na maksa wypełnić. Zrobilo sie juz bardzo późno a my byliśmy cały dzień bez jedzenia wiec zatrzymaliśmy sie po drodze w barze. Pamiętam, że zamówiłam sobie naleśniki na słodko. Mój mąż chciał sie jeszcze zatrzymać na Cytadeli na spacerek, ale ja już nie miałam na to siły. Do domu wróciliśmy koło 19.
Mój mąż przypomniał sobie, że mamy kamerę, oj dawno nie używana i postanowił nagrac film dla potomnych. Później sie śmialiśmy, że jeszcze chwila i juz by nie miał co nagrywac, hi hi. Od tamtej pory kamera jest cały czas na wierzchu i w ciągłym użyciu.
Spać położyłam sie dość wcześnie, koło 21, wcześniej wypiłam sobie pyszny soczek z malin, sok 100% bez konserwantów. Gdzieś czytałam, że sok z malin wywołuje skurcze no i proszę. Obudziłam sie o godz. 3. Wydawało mi sie, że to co czuje to coś w rodzaju skurczy. No ale przeciez dzisiaj dopiero 11 luty! hi hi, moja siostra obstawiała 10 luty i nawet wysłałam jej sms że jej proroctwa sie nie sprawdziły. Przyniosłam sobie komórke do łóżka, bo tam mogłam sprawdzić godzine bez zapalania światła. Skurcze były co 10 minut. Około godz.. 5 przeniosłam sie do drugiego pokoju, żeby nie budzić męża. Około 8 skurcze zanikły na pół godziny, potem były co 20 minut, 15 i znowu 10. Poszłam do męża, który sie powoli budził i powiedziałam że cos mnie boli ale nie wiem czy to skurcze. Przed 11 zadzwoniłam do mojego lekarza. Powiedział, żeby jeszcze poobserwować i kolo 13 pojechać do szpitala żeby sprawdzili co to jest. A jak będę po badaniach to mam do niego zadzwonić, 'to szepnie coś kolegom'. Skurcze cały czas były co 10 minut i ani minuty częściej . Włączyliśmy komputer i przeglądaliśmy allegro. Poźniej coś mnie naszło i odkurzyłam odkurzaczem całe mieszkanko, umyłam naczynia. Chate zostawiłam czystą. Dopakowałam torbe i powiedziałam: 'to co, moze pojedziemy do tego szpitala? Weźmy torbę na wszelki wypadek'. W Izbie Przyjęć byliśmy około 15. Torbe zostawiliśmy w aucie, bo po co dzwigać. Spakowałam sie jakbym jechała gdzieś na miesiąc na wakacje.
Karolas opisała mi jak wygląda ta Izba Przyjęć i rzeczywiście masakra. Do tego kobieta, która podłączyła mnie do KTG zapytała czy na pewno mnie cos boli, bo ona nic nie widzi. Żadnych skurczy. Przyszedl lekarz, młody, przystojny. Rozwarcie na 3 cm. Stwierdził, że zostanę na obserwacje a jutro podejmiemy decyzje czy zostaje na patologii czy wywołują poród. Ale zakwaterowali mnie w sali porodowej. Męzulek założył seksi ubranko. Caly czas mówił, że sie na poród nie wybiera a ja go nie naciskałam. No ale strój założył bez słowa i poszedł tam ze mną.

Sala zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, było przyciemnione światło, z radia leciała spokojna muzyka. Mąż czytał na głos opowiadanie o gościu, który kupił domek na Mazurach w zapyziałej wsi na końcu świata do remontu i ciągle ktoś mu sie tam włamywał. A ja w między czasie skakałam na piłeczce. W końcu powiedziałam, ja chyba juz nie mogę, chce znieczulenie! Przyszli lekarze i powiedzieli ze moze do północy uda sie urodzic. Przebili mi pecherz i wszystko nabrało tempa. Znieczulenia juz mi nie dali, bopowiedzieli, że zanim zacznie działać to juz będzie po wszystkim. Wody do wanny też juz nie zdążyli mi nalać. Przy czwartym skurczu partym Asia sie urodziła. A mąz był ze mną do końca i przeciął pępowinę. Potem mówił, że gdyby go wtedy ze mną nie było, nie wybaczyłby sobie tego do końca życia. Zakochał sie w Asi w pierwszej sekundzie jak tylko ją zobaczył.
Miała być Malgosia, ale jak ją zobaczyliśmy to powiedzieliśmy: Joanna.
Na sali porodowej spedzilismy 3 godziny.